Wydanie 21(79) /2011

Zapomniana legenda: Ignacy Tłoczyński

Krzysztof Kraśnicki
Nauczył się grać w tenisa gdzieś na bocznych kortach poznańskich. Już jako nastolatek miał opinię dobrego zawodnika, był sparring-partnerem najlepszych zawodników AZS. Trudna sytuacja materialna zmusiła młodego Ignaca do traktowania gry jako źródła zarobków. W latach ’20 i ’30 minionego stulecia sprawa amatorstwa w sporcie była pilnowana ze szczególną bezwzględnością. Gdy więc wyszło na jaw, iż Tłoczński traktuje tenis jako źródło zarobków, groziło mu usunięcie z grona amatorów. Na szczęście władze Polskiego Związku Lawn-Tennisa były dla młodzieńca wyrozumiałe. Kara została darowana.
Po raz pierwszy wziął udział w mistrzostwach Polski w 1929 roku. Dotarł do ćwierćfinału zawodów, gdzie czekał na niego aktualny mistrz kraju, gwiazda polskiego tenisa tamtych lat, Maks Stolarow. Ignac jeszcze ten pojedynek przegrał, ale w deblu z klubowym kolegą Warmińskim zdobył tytuł wicemistrza kraju. Dzięki temu osiągnięciu został w ostatniej chwili wstawiony do meczu z Rumunią - w ramach rozgrywek Pucharu Davisa. Przyjechał na warszawskie zgrupowanie sportowe, skąd został wezwany do natychmiastowego powrotu do Poznania na mecz... pokazowy. Po meczu ponownie zjawił się w Warszawie, gdzie czkała go reprymenda kapitana reprezentacji: - Jak pan śmiał grać w Poznaniu bez mojego pozwolenia! Pokrzyżował pan moje wszystkie plany. Aż się boję wstawić pana do zespołu.
Niełatwo się było odnaleźć po takiej rozmowie. Ale na sparringu z rywalem do reprezentacji Ignac zaprezentował się na tyle dobrze, że to jednak on został powołany na spotkanie z Rumunią.
Debiut w reprezentacji wypadł pomyślnie, wygrał z Poulieffem, ale Stolarow uległ w walce z Mishu. Na dodatek polegli w deblu. Było więc 2:1 dla Rumunów.
W niedzielę stanąłem przeciw Mishu. Wygrałem pierwszego seta, przegrałem drugiego. W trzecim gra była wyrównana. Zacząłem odczuwać tremę. Nigdy wcześniej nie grałem z zawodnikiem, który posiadał tak bogaty repertuar uderzeń i przeróżnych sztuczek.
Mishu stosował niesportowe zagrywki, co publiczność przyjmowała z głośnym oburzeniem. Przy stanie 4:4 zaserwował piłkę z dołu, ale poszła na aut. Wówczas na widowni rozległy się przeraźliwe gwizdy. Zdenerwowany Rumun posłał piłkę wprost na trybuny.
Trudno opisać co się wówczas działo: prawdziwa kocia muzyka. Mishu przeprosił widownię, ale stracił piłkę i gema. Seta wygrałem, ale w czwartym triumfował rywal.
W decydującym secie prowadzę 2:0 i raptem czuję kurcz w nodze. Schodzę z kortu, czuję, że więcej nie dam rady. Lekarz aplikuje mi masaż i gram dalej. Prowadzę 3:0, znów kurcz, znów masaż. Radca Olchowicz wlewa mi do gardła szklankę gorącej herbaty. Od tej chwili czuję się już dobrze. Gram jak z nut, wygrywam wszystkie gemy i seta 6:0!
Jak się później dowiedziałem, do szklanki herbaty radca Olchowicz wlał duży kieliszek koniaku, ale ja podczas gry nic o tym nie wiedziałem.

Tym zwycięstwem w maju 1930 roku Tłoczyński przyczynił się do pierwszego awansu Polski w historii rozgrywek Pucharze Davisa. Wagę tego triumfu odda z pewnością fakt, iż osiągnięcie dało Tłoczyńskiemu 2. miejsce w Plebiscycie Przeglądu Sportowego, tuż za Januszem Kusocińskim. Jeszcze w 1930 roku w finale mistrzostw Polski pokonał samego Stolarowa.
Ignac przeniósł się do Warszawy, zasilił Legię, z którą zdobył drużynowe wicemistrzostwo Polski, podjął tu pracę pracownika towarzystwa ubezpieczeniowego.
W czerwcu 1932 roku spotykanie się w ramach Pucharu Davisa z Anglikami. Rywalami dotychczas przez Polaków niepokonanymi. Jako zespół również i teraz Polska ulega Wyspiarzom. Mimo świadomości drużynowej porażki, Tłoczyński wychodzi na kort spokojny, świetnie nastawiony psychicznie. Nie obawia się mocnego rywala, Lee. Zdobywa pierwsze gemy, walczy o zwycięskiego seta. Napięcie widowni ogromne, Lee trafia w siatkę i... Polska po raz pierwszy, po pięciu latach nieudanych prób, zdobywa pierwszego seta, 6:4 w meczu z Anglią. Ale to jeszcze nie koniec. Tłoczyński gra jak w transie, niemal bezbłędnie, rywal staje się bezradny, pracuje na korcie coraz bardziej nerwowo i tylko najwyższy wysiłek pozwala mu odrobić choćby trochę strat. Wszystko na próżno, przegrywa kolejną rozgrywkę w takim samym stosunku 4:6.
W trzecim secie Polak jest wyczerpany, przegrywa po krótkiej grze 2:6.
Na szczęście w trakcie przerwy odzyskuje siły i odświeżony staje do czwartego seta. Ważą się losy meczu, na widowni zupełna cisza. Sytuacja na korcie zmienia się jak w kalejdoskopie. Wreszcie Tłoczyński doprowadza do 6:5. Ostatni gem przynosi mu dwie piłki meczowe, Anglik przyjmuje je forhendem. Przy trzeciej Polak podejmuje ryzyko i z połowy kortu kończy podciętym drajwem. Zwycięża 7:5. Do szatni trafia na ramionach kolegów z polskiego zespołu.
Niedziela 20 maja 1934 roku to kolejny dzień chwały Tłoczyńskiego. Niestety, Polska przegrywa z Francją, ale sam Ignac jest w znakomitej formie. Rywal, Lesueur to świetny przeciwnik, ale tego dnia nasz zawodnik pokonałby każdego. Przyjmuje piłki z najbardziej nieprawdopodobnych pozycji. Niweluje próby zwolnienia gry, odpiera najtrudniejsze piłki. Wygrywa dwa sety 6:2, 6:3. Trzeci set zapowiada się gorzej. Wprawdzie Polak zdobywa pierwszego gema, ale przegrywa następne. Traci szybkość. Z czasem gra się wyrównuje, Tłoczyński jest lepszy w głębi kortu, Lesueur - przy siatce. Francuz prowadzi 4: 3, ale Ignac wyrównuje, by za chwilę zaprzepaścić dorobek. Jest już 5:4 dla Lesueura. Teraz on zaczyna popełniać błędy, przewagę zdobywa Polak, jest 6:5. Mecz staje się coraz bardziej dramatyczny. Tłoczyński doprowadza do 8:7, ale za chwilę jest już 9:8 dla Francuza. Trwa zażarta walka o każdą piłkę. Jest już 11:11. Finiszuje Ignac i wreszcie on schodzi z kortu jako zwycięzca.

Kolejne lata to pasmo dużych zwycięstw i małych porażek. Tłoczyński zdobywa tytuły mistrza Nicei, Portugalii, Walii, Południowej Anglii. Przegrywa dopiero w finale mistrzostw Węgier ze Słowakiem Hechtem. Ma, wygrywając osiem z dziesięciu stoczonych pojedynków, olbrzymi udział w zdobyciu przez Polskę Pucharu Europy Środkowej.

Nadchodzi rok 1939 i po zwycięstwie z Holandią następna runda Pucharu Davisa - mecz z Niemcami. Rywalem Tłoczyńskiego gwiazda niemieckiego tenisa, Henkel. Ale to nie on, a Polak staje się bohaterem meczu, zwycięża Niemca w pięciu setach: 6:4, 6:8, 6:4, 3:6 i 6:3.
Oddajmy głos opiekunowi Ignaca, panu Olchowiczowi: Tłoczyński zagrał fantastycznie. Obserwuję jego karierę od samego początku. Był to na pewno jego najlepszy mecz. Rozegrał go doskonale taktycznie, miał cudowne zagrania. On dopiero teraz znajduje się w swojej szczytowej formie. Obok ambicji i zacięcia ma jeszcze jedną zaletę, którą może służyć przykładem dla wszystkich sportowców: kolosalną pracę. Bardzo dużo trenuje, stara się doskonalić każde uderzenie, obmyśla szczegółowo plan każdej walki.

Nic dodać, nic ująć. Karierę znajdującego się w szczytowej formie, będącego tuż przed jej największym rozwojem przerywa II wojna światowa. Ranny w Powstaniu Warszawskim Tłoczyński trafia do obozu jenieckiego w okolicach Salzburga. Po wyzwoleniu obozu dołącza we Włoszech do Korpusu gen. Andersa, następnie osiada w Wielkiej Brytanii.
Już w 1946 roku bierze udział w pierwszej powojennej edycji Wimbledonu. I, gdy protestuje przeciwko życzeniu polskiej ambasady, która żąda usunięcia polskiego emblematu przy jego nazwisku, staje się bohaterem dyplomatycznego skandalu. W rok później odmawia, ciągle jaki żołnierz gen. Andersa, udziału w meczu reprezentacji przeciwko Wielkiej Brytanii.
W 1955 roku oficjalnie kończy karierę tenisisty, przyjmuje od Dunlopa posadę trenera w klubie tenisowym w Edynburgu.

Na kortach, oprócz wyżej wymienionych zwycięstw, był dwukrotnym mistrzem Polski w grze pojedynczej, siedmiokrotnie triumfował w grze podwójnej, sześć razy zdobywał tytuł międzynarodowego mistrza Polski. Pięć razy sięgał po Puchar Millera (prezesa związku tenisowego).
Zmarł w roku 2000 w wieku 89 lat. Był, obok Jadwigi Jędrzejowskiej, Józefa Hebdy, Czesława Spychały oraz Maksa Stolarowa czołowym polskim tenisistą lat ’30 minionego wieku.

Wśród pionierów tego sportu - tych, których nie było stać na kupno pierwszej prawdziwej rakiety tenisowej - jednym z pierwszych, którzy grę w tenisa traktowali jako sport, a nie rozrywkę towarzyską, a dzięki olbrzymiej pracy, doszli bardzo daleko, do wielu cenionych na świecie zwycięstw.
Krzysztof Kraśnicki