Wydanie 12 (23) /2009

Trylogia Hoffmana inspiracją dla młodych malarzy

Iza Bońska
Leleszki to mała wioska, położona nad jeziorem Leleskim, zaledwie 3 km od zabytkowego Pasymia. Urok tego miejsca sprawia, że turyści, zwłaszcza ci, którzy w ciszy i spokoju pragną odpocząć od codziennego zgiełku na łonie natury, często je odwiedzają. Tu też wśród lasów i jezior mazurskich znajduje się „Hotel Trylogia” powstały z inspiracji dziełami Henryka Sienkiewicza i w hołdzie Jerzemu Hoffmanowi, któremu ową „Trylogię” doskonale udało się przenieść na ekran.

Ponieważ różne rodzaje sztuk bardzo często się przenikają i wzajemnie inspirują, tym razem sztuka filmowa stała się pretekstem do stworzenia prac malarskich na podstawie twórczości wielkiego reżysera.
Warsztaty malarskie dla najzdolniejszych młodych ludzi z okolic powiatu wołomińskiego zorganizowane przez SKOK Wołomin, Klub Galop i Teatr Equus rozpoczęły się 1 czerwca, a my odwiedziliśmy progi „Hotelu Trylogia” pana Tadeusza Ładno 5 dni później, kiedy to dzieła młodych malarzy miały się ku końcowi.
Przez cały czas trwania warsztatów pogoda nie dopisała, nie pozwalając rozkoszować się widokiem pięknych krajobrazów, które zainspirowałyby niejednego artystę. Na szczęście młodzi malarze mieli skupić się na wątkach i analogiach związanych z „Trylogią” Sienkiewicza, którą na duży ekran przeniósł Jerzy Hoffman. Deszczowe dni prawdopodobnie sprzyjały pracy, bo uczestnicy warsztatów, uczący się sztuki malarskiej pod okiem Bartłomieja Kownackiego i Pauliny Tumiel, absolwentów warszawskiej ASP, tworzyli jak natchnieni. W piątek 5 czerwca ich prace miał okazję ocenić sam mistrz, Jerzy Hoffman.
Prace malarskie potwierdziły słuszność inicjatywy organizatorów - tereny naszego powiatu zamieszkuje wiele ukrytych talentów, które należy promować. Po obejrzeniu prac, które wzbudziły nasz niekłamany podziw, wszyscy zasiedli do uroczystego obiadu wraz z panem Jerzym Hoffmanem, Lechem Adamowskim (szef polskich kaskaderów), Tadeuszem i Bożeną Ładno (właściciele hotelu), Mariuszem Gazdą (prezes SKOKu Wołomin) i innymi.

Jeżeli już mowa o Hoffmanie (m.in. „Stara baśń”, „Piękna niezn joma”, „Znachor”, „Do krwi ostatniej”, „Trędowata”, „Prawo i pięść”, „Pan Wołodyjowski”, „Potop”), warto przypomnieć, że to jeden z najpopularniejszych współczesnych reżyserów, znany wszystkim głównie z adaptacji „Trylogii” Sienkiewicza i innych dzieł zaliczanych do kanonu polskiej literatury. Jego początki to kręcenie z Edwardem Skórzewskim filmów dokumentalnych, które zostały docenione na międzynarodowych festiwalach filmowych w Oberhausen, Manheim, Wenecji, Moskwie i Krakowie.

Debiut fabularny - „Gangsterzy i filantropi” wyróżniony został przez Ministra Kultury i Sztuki. Dalsze artystyczne dokonania nie wymagają komentarza - Hoffman zyskał międzynarodową sławę i nagrody, których nie sposób wyliczyć. Są to m.in.: nominacja do Oscara za „Potop”, Honorowa Nagroda za wkład w rozwój światowej kinematografii na XXIX Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Kijowie oraz Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi dla kultury polskiej i za osiągnięcia w pracy twórczej i artystycznej; nagroda Super Wiktora ’99 za całokształt twórczości; nagroda dodatkowa Jury za upór i determinację w tworzeniu wielkich dzieł historycznych - na 28. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni 2003. W 2005 roku Minister Kultury wręczył Jerzemu Hoffmanowi Doroczną Nagrodę w dziedzinie filmu oraz medal „Zasłużony Kulturze - Gloria Artis”.

Poznanie tak wielkiego mistrza stanowi zapewne nie lada przeżycie dla wiernych odtwórców motywów z jego filmów.


Przy okazji swojego pobytu Jerzy Hoffman zdradził nam kilka szczegółów dotyczących inspiracji dla swojej twórczości oraz życia osobistego.


Jak to się stało, że zajął się pan tworzeniem filmów? Czy Pana zamiłowanie do historii ma związek z tematyką filmów, które Pan kręci?
- Tak, od zawsze powtarzam, że gdybym nie został filmowcem, byłbym historykiem. Ta prywatna pasja jest związana z moim wychowaniem i całym dzieciństwem. Moja mama skończyła seminarium nauczycielskie, była wychowywana w duchu literatury i poezji romantycznej. W 1940 r. zostałem wywieziony wraz z rodziną na Syberię i do Polski wróciłem dopiero po zakończeniu wojny. Sztuki filmowej uczyłem się na moskiewskiej uczelni. Podczas pobytu w Rosji rodzice zdecydowali, że będę chodzić do szkoły rosyjskiej, jednak matka, która nigdy nie straciła wiary w nasz powrót do Ojczyzny, postanowiła, że powinienem posiadać tak zwaną wiedzę ogólną, dlatego też podczas gdy w rosyjskiej szkole uczyłem się matematyki, fizyki, literatury rosyjskiej, w domu matka kształciła mnie pod kątem polskiej literatury i historii. I tak na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że znam całe fragmenty poezji romantycznej, „Pan Tadeusz”, „Grażyna”, „Konrad Wallenrod” były obowiązkowymi lekturami w moim domu, a Mickiewicz, Słowacki, Norwid mistrzami literatury polskiej. Dzięki takiemu systemowi nauki po powrocie do Polski poza łaciną miałem ogromny zasób wiedzy z różnych dziedzin.

Skąd u Pana fascynacja „Trylogią”?
 - Znając moje zainteresowanie historią, ojciec z frontu przysłał mi „Pana Wołodyjowskiego” i „Potop”; „Ogniem i mieczem” nigdy nie dotarło, ponieważ cenzura nie chciała przepuścić tej książki. Od chwili przeczytania „Pana Wołodyjowskiego” i „Potopu” (w takiej też kolejności kręciłem później „Trylogię”) wielokrotnie wracałem do tych lektur, dawały mi one odpoczynek, relaksowały, bawiły, niejednokrotnie wzruszały. Sienkiewiczowi udało się stworzyć bardzo barwne i żywe charaktery ludzkie, z których najciekawszym jest chyba Kmicić, ale także Wołodyjowski, Zagłoba. Między sfilmowaniem „Potopu” a „Ogniem i mieczem” minęło 25 lat (wcześniej książka podlegała cenzurze, dlatego nie mogłem przenieść jej na ekran), przez 11 lat organizowałem pieniądze na nakręcenie ostatniej części „Trylogii”, aż w końcu udało mi się spełnić moje marzenie.

Od lat mieszka Pan na Mazurach. Jak Pan się znalazł w tym zakątku Polski i jak Pan trafił do Hotelu „Trylogia”?
 - Do hotelu zaprosił mnie właściciel, Pan Tadeusz Ładno, natomiast na same Mazury trafiłem trochę inną drogą. Było to, kiedy kręciłem film „Do krwi ostatniej” i razem z ekipą filmową mieszkaliśmy pod Ełkiem. Mój kierowca, który pochodzi z Warmii, namawiał mnie, żebym kupił tu dom. - No chyba że byłby to dom na wodzie - żartowałem wówczas. Kiedy po skończeniu zdjęć wróciliśmy do Warszawy, mój kierowca zadzwonił i oświadczył, że znalazł dom, o którym marzyłem. Był to przedwojenny bliźniak, wymagający remontu. Oprócz renowacji trochę go rozbudowałem, dobudowałem m.in. bibliotekę. Mieszkam tu już 30 lat, co dzień widzę piękne jeziora i podziwiam mazurskie pejzaże. Za sąsiada mam reżysera, Janusza Majewskiego, który osiedlił się na pobliskich terenach wraz z żoną, Zofią Nasierowską. To miejsce ma idealne warunki do regeneracji, odpoczynku, podładowania akumulatorów, ale jest także inspiracją do pisania scenariuszy i kręcenia filmów (tu montowałem „Ogniem i mieczem”, „Piękną nieznajomą”, „Starą baśń”, „Ukrainę – narodziny narodu”, jeden z moich nowszych filmów, odtwarzający historię tego kraju od narodzin aż po dzień dzisiejszy).

„Ukraina – narodziny narodu” to Pana nowy dokument historyczny. Skąd pomysł na tego typu film?
- Podczas kręcenia „Ogniem i mieczem” spotkałem się z wieloma głosami sprzeciwu, zarówno po stronie Ukrainy jak i Polski. Film był bojkotowany przez grupki nacjonalistyczne, na szczęście widownia przegłosowała moich przeciwników. Kiedy publiczność ukraińska bardzo dobrze przyjęła „Ogniem i mieczem”( film Hoffmana odniósł na Ukrainie spektakularny sukces. Prasa ukraińska rozpisywała się, że najważniejszy film o ukraińskiej historii, który został zrealizowany po odzyskaniu niepodległości, powstał nie nad Dnieprem, lecz w Polsce – przypis red.), zorientowałam się, że tutejsi ludzie mają plamy w wiedzy o własnej historii, zdałem sobie sprawę, jak ważna jest Ukraina dla niepodległości Polski. Kiedyś Jerzy Giedroyć powiedział, że nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy i odwrotnie i ja teraz postanowiłem to udowodnić. Chciałem im przybliżyć, że „kto nie szanuje i nie zna swojej przeszłości, nie jest godzien szacunku teraźniejszości ani prawa do przyszłości”. W tym samym czasie wyszła książka ówczesnego prezydenta, Leonida Kuczmy „Ukraina to nie Rosja” (autor pisze w niej o historycznych losach Ukrainy, o sposobie myślenia jej społeczeństwa, o bohaterach narodowych i stosunkach z Rosją - przypis red.), której tytuł mnie zainspirował. Zrozumiałem, że Ukrainie potrzebny jest film, który pokazywałby jej, że w rzeczywistości nie jest już Małorosją, jak zwykli nazywać ją Rosjanie pomimo upadku ZSRR (w odróżnieniu od Wielkorosji). To państwo, które przez długi czas było wynarodowiane i wychowywane w przekonaniu, że niczym nie różni się od Rosji. Cała praca nad filmem trwała 4,5 roku. W tym czasie zbierałem materiały z całego świata na temat historii Ukrainy, sięgnąłem do wielu źródeł (za korzystanie z nich czasem trzeba było płacić bardzo dużo), książek historyków polskich, radzieckich i publikacji z Zachodu. Konfrontowałem różne postawy, wielokrotnie analizując temat, ponieważ chciałem zachować obiektywizm. Dziś mamy największe archiwum wiedzy. Film jak zwykle budził żywe reakcje widowni.

Dziękujemy panu Jerzemu za zaszczycenie nas swoją obecnością; organizatorom – za świetny pomysł, który pozwolił odkryć, a następnie rozwinąć talenty naszych malarzy; właścicielom hotelu – za gościnę i stworzenie komfortowych warunków do pracy; prowadzącym warsztaty – za włożenie całego serca i oczywiście umiejętności, aby wprowadzić młodych adeptów w tajniki wiedzy malarskiej. Pozytywne reakcje uczestników warsztatów i chęć doskonalenia swoich zdolności pod okiem profesjonalistów utwierdziły nas w przekonaniu, że warto inwestować w rozwój młodych ludzi.
Iza Bońska